poniedziałek, 27 lutego 2017

*27.02.2017 scenariusze




A może nie warto? Może jednak należy postawić najgrubszą możliwie kreskę w tym pożal się Boże notesie  życia? Może odwrócić się plecami do tego, co jest przeszłością, ostatni raz rzucić spojrzenie przez ramię i pobiec dalej? Może to czas by napisać nowy scenariusz skoro główna aktorka spektaklu nie chce grać swojej roli?

A może jest nadzieja? Może Ona udaje niedostępną chcąc skupić się na tym, co jest coraz cięższym i naglącym wyzwaniem – doktorat? Może uzbroić się w cierpliwość i za radą innych dać sobie i jej trochę czasu na refleksję, odpoczynek, dystans, tęsknotę i zapomnienie.

Najgorsze jest to, że są dwa możliwe scenariusze zdarzeń.

Pierwszy jest taki, że oddanie się w ręce losu, zaufanie czasowi, może dać pozytywny skutek. Zapomni to co było złe, zatęskni za chwilami w których z uśmiechem rozkoszowaliśmy się swoją obecnością, dokona bilansu 9 lat, dostrzeże to, że jestem godny zaufania i umiem dbać o związek a to czego nie potrafię mogę wypracować u psychologa. Może uzna że ciężki okres wynikał z nawału pracy. Może pomyśli – doktorat skończony, czas pomyśleć o rodzinie, potem skupię się na habilitacji. Może dojdzie do wniosku że przez 9 lat nie pojawił się nikt kto byłby lepszy a moja wierność jest dowodem poważnego traktowania związku i odpowiedzialności?

Drugi scenariusz rysuje się w mniej jasnych odcieniach. Zbyt długie „łapanie oddechu”, czas bez wiadomości, sms „dobranoc” wieczorem pozwoli jej na zapomnienie czegoś innego? Może zapomni o tych pięknych dniach, które dane nam było wspólnie dzielić? Może zapomni o tych momentach, kiedy dzień osobno budził niepokój i wielką tęsknotę? Może dojdzie do wniosku, że teraz ma więcej spokoju i jest Jej z tym dobrze?

Jest jeszcze coś. Pewnie to przejście między etapami rozstania. Na razie poznałem dwa. 
Etap pierwszy to rozpacz. Brak reakcji na wszystkie bodźce inne, niż te, które w jakikolwiek sposób związane są z ukochanym partnerem. Nie zwracasz uwagi na nic, poza ciągłym myśleniem o niej / o nim… Nie jesz, nie śpisz, nie przestajesz płakać, jesteś gotów zrobić wszystko by tylko uwierzyć, że skończy się dobrze lub równie wiele by przy braku tej wiary przerwać swoje cierpienie… Niebezpieczny czas.
Etap drugi to mniej desperackie poszukiwanie rozwiązań. Mimo tygodni nieprzespanych nocy, zapadniętych oczodołów i wychudłych żeber znajdujesz w sobie siłę. Zbierasz się w sobie, zaczynasz walkę. Analizujesz błędy, robisz plan naprawczy. Dochodzisz do wniosku, że nie łez i nie dramatycznej rozpaczy potrzebuje Twoja miłość.

A czym jest to „coś”?
To jakieś niebezpieczne dla zdrowia przejście między drugim, a nieznanym mi jeszcze trzecim etapem. Nazywa się zazdrość.
Zaczynasz od rana: budzisz się miedzy 5 a 6, zbyt wcześnie na cokolwiek i sprawdzasz telefon czy nie napisała czegoś, potem facebook by zerknąć na oś czasu swojej miłości w poszukiwaniu wpisów od kogoś, kto może być zagrożeniem, potem messenger i sprawdzanie o której godzinie była dostępna, kolejny jest whatsup gdzie szukasz tej samej informacji… I tak przez cały dzień… Szaleństwo nie ma końca, każda zmiana statusu, każda aktywność wzbudza Twoje podejrzenia… z kim pisze? O czym? Dlaczego o północy jest dostępna choć przez 9 lat lądowała w łóżku o 23? Jak sobie z tym poradzić? Jak wyzbyć się tej zazdrości i przejść przez ten stary, spróchniały, wiszący, pleciony ze strachu  most do kolejnego, trzeciego etapu?

Dużo tych „może”. Wiem, że większość z Was, kochani czytelnicy, odniosła się w komentarzach do tego co napisałem w kilku pierwszych akapitach i sugerują oddanie się w ręce czasu…
Ale wciąż potrzebuję waszej pomocy. Potrzebuję rady kogoś, kto przeżył  rozstanie i wie jak przejść przez ten most. Jak poradzić sobie z (irracjonalną pewnie) zazdrością?
I chciałbym wiedzieć co mnie czeka dalej… co jest za mostem? Jaki jest kolejny etap?

niedziela, 26 lutego 2017

*26.02.2017 huśtawka



Nie wiem, czy to jakiś etap czy reakcja samoobronna mojego organizmu i mózgu, ale mam huśtawkę nastroju... Nadal nie śpię, nadal mało jem, nadal nie godzę się z tym co się stało ale dziś nie chcę być smutny...

No po prostu, no kur....a nie!


Muszę to wszystko przemyśleć. Dużo komentarzy w ostatnich dniach pobudza mnie do refleksji nad sobą i kobietami. Ogólnie. Nie mówię o mojej Miłości. Nie tylko. Prawda znana jak świat: kobiety są inne! Mają huśtawki nastrojów (jak ja teraz), są dużo wrażliwsze i mają ten swój cholerny szósty zmysł którego nam, facetom po prostu brakuje... Ich wyjątkowa inteligencja (zwłaszcza emocjonalna) pozwala im widzieć i rozumieć więcej. Facet potrzebuje konkretów i prostych instrukcji. Potrzebuje wiedzieć.


Związek z kobietą jest trudny między innymi z tego powodu, że nie dostrzegamy (my brzydka płeć) tego samego co one... Jesteśmy krótkowidzami, nie obserwujemy ich wystarczająco uważnie...

One nie zawsze mówią wprost, zakładają czasem że coś, co one widzą i rozumieją jest dla nas tak samo czytelne, a jak się okazuje że nie jest, że nie wiemy co się dzieje, to rodzi się to, co w związku boli obie osoby: płacz, gniew, frustracja...

Często problem wynika z tego, że się po prostu nie rozumiemy. Tak, jakbyśmy mówili innym językiem...


Znacie to (znamienne i oddaje to, czym chcę się podzielić)?


Dlaczego do tej pory Kobieta nie poleciała na Księżyc?

Taka sytuacja:


Kobieta: "Houston... mamy problem!"

Houston: "Co to za problem?"

Kobieta: (z płaczem) "jakbyś się interesował, to wiedziałbyś, co to za problem!"


Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co nie przeżył tego choć raz...

Szowinistą nie jestem, cenię kobiety a wymyślona powyżej "scenka rodzajowa" ma tylko zwrócić uwagę na problemy w damsko - męskiej komunikacji.


Dziś nie będę pisał więcej, nie będę roztrząsał historii (która ma ciąg dalszy)... Dziś jest dzień oddechu, odpoczynku, zabawy na huśtawce... Obym nie spadł.




 PS.

 Dziękuję za 5 Języków Miłości (autorstwa Gary Chapmana). Ona wie :)

piątek, 24 lutego 2017

*24.02.2017 pomoc



Przez kolejne 2 tygodnie trwałem w byciu stalkerem. Pisałem dziesiątki sms, czasem dostając odpowiedź,  że nie wierzy w moje słowa, czasem odpowiedzi nie dostając…
By uchronić się od utraty zmysłów musiałem się czymś zająć. Wysiłek fizyczny działa dobrze w stresujących sytuacjach więc postanowiłem odmalować mieszkanie. Trzy dni z rzędu robiłem ten remont. Dokładnie, bez pośpiechu bo nie zależało mi na szybkim ukończeniu prac… W czasie gdy to trwało, było to skuteczne. I dobrze. Może przetrwałem najgorszy okres?
Po zakończeniu remontu szukałem sposobów, by czymś innym zająć głowę. Stąd ten blog. Nie miałem komu powiedzieć o tym, co mnie prowadzi w odmęty depresji więc postanowiłem opowiedzieć to każdemu, kto zechce to przeczytać.
 I nadal chcę. To pomaga. Teraz jest o tyle lepiej, że funkcjonuję jakoś… „Jakoś” jest odpowiednim słowem. Staram się jeść, choć raz dziennie, staram się normalnie funkcjonować w pracy (łatwo nie jest). No, i w końcu oddałem się w ręce fachowca. Poszukałem pomocy u psychologa.

Pierwsze spotkanie było… hm… nie takie jak się spodziewałem. Nie znaczy to, że było źle. Bynajmniej…
Czwartek, 17 lutego, godzina 16:50. Budynek w którym przyjmuje pani psycholog jest w starej dzielnicy miasta i jego stan jest opłakany. Podchodzę do wielkich drzwi, chwytam klamkę i… dupa! Zamknięte. Patrzę na zegarek – „mam jeszcze 10 minut więc poczekam” - i właśnie dostrzegłem domofon. Legenda: 1 – psycholog…. „głupek” – pomyślałem. Wciskam jedynkę. Jest sygnał, jakieś piski… nikt się nie odzywa. Próbuję jeszcze raz – nic. Trudno, może za wcześnie.
Stoję na wietrze i w lekkiej mżawce, żałośnie skulony, jaz zbity pies… Nagle wielkie drzwi się otwierają. Widocznie zepsuty domofon wymuszał, by drzwi otwierać „ręcznie”. Uśmiecha się do mnie młoda, koło trzydziestki, kobieta. Wymieniamy uprzejmości, określam się jako ten, co umówiony jest na 17.00, ona że jeszcze ma rozmowę więc muszę chwilę poczekać przed gabinetem, żebym się zrelaksował przy płynącej (z ukrytych Bóg wie gdzie głośników) muzyce. Ok, czekam. Po paru minutach z gabinetu wychodzi facet. Uśmiechnięty, z błyszczącymi oczami. Wyglądał tak, jakby przed kilkoma minutami miał najlepszy seks w życiu. „Bry” – rzucił mi w pośpiechu, chwycił kurtkę z wieszaka i sobie poszedł nie słysząc mojego „trzy bobry” które zwykle rzucam uczniom zamiast „dzień dobry”. Zaraził mnie tym dobrym humorem… Dyskomfort który czułem przed wizytą zniknął.

„Proszę” – w drzwiach gabinetu pojawia się młoda pani psycholog. Wchodzę do środka, rozglądam się i stwierdzam że gabinet w ogóle nie wygląda jak miejsce pracy psychologa. Nie ma kozetki, pokój nie jest zaciszny: wielki, wysoki, nieumeblowany nie licząc stołu, dwóch krzeseł i komody z czajnikiem na wierzchu. Pani od razu przystępuje do ataku: „Herbaty?”. Nie zdążyłem odpowiedzieć zanim pani powiedziała że z doświadczenia wie że ludzie zwykle wybierają owocową więc taką mi zaparzy. Ok, dawno nie piłem herbaty, niech będzie, i nie, nie słodzę…
Jej głos jest głęboki, cichy ale wyraźny. Wyćwiczony pewnie. Przyglądam się jej gdy przyrządza herbatę: średni wzrost, długie, spięte, mysie włosy i duże okulary z ciemnymi oprawkami. Mam wrażenie że w ogóle ich nie potrzebuje, że to okulary „0” które nosi by wyglądać „bardziej”, by stanowiły tło lub raczej uzupełnienie do tego, kim jest; że to element wyposażenia gabinetu - jak stetoskop na szyi ortopedy potrzebny jak świni siodło.

W końcu usiedliśmy. Cały czas patrzyła mi w oczy i miałem wrażenie, że mogę zupełnie nic nie mówić a ona i tak mnie trafnie „zdiagnozuje”. Ale mówiłem. Głównie ja. W ciągu godziny tylko kilka razy mi przerwała zadając pytania „i co pan wtedy czuł” albo komentując „o, to ciekawe”. Chciałem opowiedzieć wszystko to, co pisałem na tym blogu. Oczywiście nie dałem rady w godzinę. Sam sobie przerwałem kilka razy, skakałem z tematu na temat, opowiadałem epizody w kolejności odbiegającej od chronologicznej, powiedziałem jej w końcu to, co chyba oboje uznaliśmy za najważniejsze (wnioskuję po jej szerszym uśmiechu). Określiłem cel mojej wizyty. Właściwie trzy cele.
- uporać się ze stresem (znaleźć siły do funkcjonowania) po stracie
- popracować nad odbudowaniem poczucia własnej wartości, przekuć pesymizm w optymizm
- nauczyć się panować nad emocjami by słowną agresją nie ranić bliskich, nauczyć się na nowo szacunku do nich i do siebie

Herbata stała się letnia, jak woda w wannie po długiej kąpieli. Przypomniałem sobie o niej, gdy moja pani psycholog spojrzała na zegarek i zrozumiałem że to moment, by wyciągając stówę z portfela powiedzieć czule „dziękuję” oraz zapytać kiedy znajdzie dla mnie czas. Przejrzała notes. Popołudniowe spotkania u psychologa graniczą z cudem. Masa ludzi musi do nich chodzić. Umówiliśmy się że będzie dzwonić, jak tylko ktoś odwoła wizytę a na razie aktualny termin to   7 marca. Szkoda…
Mimo, że młoda pani psycholog (z nie lada zdolnościami aktorsko – charakteryzatorskimi jak sądzę) nie powiedziała więcej niż kilku zdań, to pomogła mi ta wizyta. Sam fakt, że jest ktoś, kto będzie ze mną (i nade mną) pracował dodał mi otuchy… I jeszcze jej słowa, że gdy będę miał „złe myśli” to mam dzwonić… poczułem się bezpieczniej…

****
Nie jestem na 100% pewien, czy inny psycholog dałby mi to samo, ale mogę z całą odpowiedzialnością za słowa powiedzieć każdemu, że jeśli ma podobne do moich lub inne kłopoty, to nie ma się co krępować wizyty o psychologa… Ja czekam na kolejną i liczę na sukces… Moja Miłość wie, że zacząłem pracować nad sobą. Może to jest ten moment, kiedy pokazałem, że noszę w spodniach coś więcej niż telefon, portfel i zestaw kluczy…


czwartek, 23 lutego 2017

*23.02.2017 list do... kota

Kolejny dzień upłynął (o dziwo!) szybko. Potworny ciężar wydarzeń z ostatniej doby, gonitwa myśli, gorączka poszukiwań rozwiązania tej sytuacji - to wszystko zaburzyło moje poczucie tempa upływu czasu. Każde oko starało się być zegarem wodnym, zepsutą klepsydrą z której kropla po kropli wycieka słona woda... Ale poza tym, nie pamiętam tych upływających sekund, minut godzin... 
Z letargu (bo nie może być mowy o śnie) wybudziłem się po kolejnej, nieprzespanej nocy... Zostałem stalkerem.
Napisałem drżącymi dziesiątki, setki sms do Ukochanej. Starałem się używać najpiękniejszych słów, składać najznamienitsze zdania, przesycać każdą wiadomość emocjami, przelewać na ekran jej smartfona najmocniejsze i najcieplejsze uczucia... Targany wyrzutami sumienia, wściekłością na siebie za to, ze tak spieprzyłem sprawę, że w debilny sposób uciekałem przed Nią zamiast rozmawiać, przeprosić za każdą kłótnie, obsypać kwiatami i całować jej stopy... 
Wiem że wina nie leży tylko po jednej stronie. Wtedy jednak myślałem właśnie w ten sposób.

Z szacunku do Niej, do siebie i do czytelników tego bloga nie zrobię tego, co pewnie byłoby najbardziej czytelne: nie przeleję tu treści całej korespondencji. Pomijam, że post byłby baaaardzo długi, ważniejsza jest prywatność. Jej prywatność, moja jest mniej istotna, w końcu jesteśmy tu... razem.... co, czytelniku?

Pierwsza wiadomość jaką napisałem miała być odpowiedzią na zarzut mojego zamknięcia się, brak kontaktu, brak szacunku...  Nie należała do najdłuższych:

Przez 9 lat byłaś moją jedyną Przyjaciółką.
Wszystkim co miałem...
Naprawdę nie było mi łatwo. Bałem się co dzień czy znów
nie powiem / zrobię czegoś, co pogorszy relacje między nami.
Przepraszam za to, że ten brak kontaktu między nami 
wyglądał jak brak szacunku, zainteresowania czy może
pogarda dla Twoich sukcesów i osiągnięć.
Bez względu na to jak było zawsze Cię kochałem.
Czekałem na czas kiedy znów wieczorem położysz głowę
na moim ramieniu i nie umiałem pokazać, że tego potrzebuję.
Przepraszam.


Odpowiedzi nie było. Ani na tą ani na wiele innych wiadomości. Czasem odpisywała. Sucho. Krótko.W sposób który dawał mi do zrozumienia, że naprawdę Rycerskości we mnie jest tyle co farszu w najtańszych ruskich pierogach z supermarketu. Nie mogłem się też oprzeć wrażeniu, że odpisywanie miało też na celu sprawdzenie czy żyję, czy nie zrobiłem czegoś głupiego.
Czy poza sms robiłem coś jeszcze? Tak... Zmusiłem się do nadludzkiego wysiłku by wyjść z domu na pocztę wysłać na adres jej pracy czekoladki z karteczką "kocham Cię". Zamówiłem kuriera z kwiatami który miał je dostarczyć pod ten sam adres.. 
W końcu  wiedząc, że pewnie jak zawsze pojedzie na weekend do rodziców, napisałem list do... kota.
W wakacje przybłąkał się na podwórko jej rodziców kot - młodziutka urocza kotka... za moją namową już tam została... i była moim ulubieńcem... Wpadło mi do głowy (tej, której stan był tylko umiarkowanie normalny) by pokazać swoją wrażliwą naturę wysyłając trochę kociego jedzenia i list... Może się wzruszy? Może rozbawi? Może pomyśli przez łzy: "wariat... ale kochany... eh, niech no przyjedzie, już dostał nauczkę..."



Kotku!
Pewnie wkrótce skończysz rok, swój pierwszy.
Przed tobą jeszcze wiele szczęśliwych...
Tylko musisz być grzeczna! Zły los czeka niegrzeczne kotki!
Nie musisz być zawsze poukładana...
jak będziesz mieć ochotę na bombki z choinki to baw się nimi, 
nie marnuj życia na nudę.
Tylko musisz być szybka! Szybsza od kapcia!
Dlatego przysyłam ci coś, co pozwoli ci nabrać sił do zabawy...
Pomyśl o mnie czasem.
Poproś Panią by wyścieliła ci kojec jakąś moją koszulką "do drewna",
one są super. Ja czułem się szczęśliwy gdy mogłem je założyć
więc i tobie będzie dobrze.

Trzymaj się mały Kotku!
Przytulaj Panią i nie zapominaj że to ja dałem ci 
pierwszą szmatkę do spania. 


Wolny czas najbardziej lubiłem spędzać przebrany w robocze ciuchy robiąc drewniane meble ogrodowe. Robocze koszulki to były "koszulki do drewna"...

Tak dziwne pomysły jak pisanie listów do kota mogą przychodzić do głowy tylko w naprawdę poważnych stanach umysłu... To nie przypadek, że święty Walenty jest patronem zakochanych i obłąkanych.
A jest różnica?

środa, 22 lutego 2017

*22.02.2017 pierwszy dzień po

Co czułem? Rozpacz. Wszechmocną, przepotężną, głęboką, mroczną rozpacz... Nie czułem pustki tego dnia. Nie byłem w stanie jej czuć mając głowę pełną szalonych myśli. Organizm żył na wyjątkowych obrotach: na przemian szybkich i wolnych. Serce waliło usiłując wyrwać się z klatki żeber, dłonie drżały, w oczach robiło się ciemno... żadnych potrzeb fizjologicznych: brak łaknienia, pragnienia, nie działały zmysły smaku i powonienia, ciężka pierś ledwo pozwalała oddychać. Czułem się tak, jak być może czuje się zwierzę prowadzone na rzeź. Trwanie tu i teraz wydawało się kompletnie pozbawione sensu w sytuacji gdy koniec wydaje się nieunikniony. 
Co może pomóc? Jak ukoić ból? Do kogo zwrócić się o pomoc? I dlaczego, do jasnej cholery, byłem tak ślepy by tego nie przewidzieć?
W sytuacji, w której się znalazłem pewnie było wielu. Bólu straty kogoś, kogo kochało się nad życie nie da się porównać z żadnym innym rodzajem cierpienia. Natłok myśli pojawiających się i znikających po zastąpieniu innymi jest jak szarańcza wyżerająca mózg... 
W chwilach takich jak ta, chce się całemu światu wykrzyczeć swoje cierpienie, chce się płakać najgłośniej jak to możliwe w nadziei na litość tych, co ten płacz usłyszą. Podobnie jak ludzie zmagający się z postępującą i nieuleczalną chorobą udają się do szarlatanów, uzdrawiających dotykiem bioenergoterapeutów czy innych lekarzy bez dyplomów w nadziei na cud, tak i ja próbowałem chwycić się tego, w co w gruncie rzeczy nie było mi bliskie. Zacząłem się modlić. 
Nie była to żadna ze znanych komuś modlitw, to raczej błagalne wołanie do Stwórcy, próba targu: Boże, spraw by to nie był koniec, zrobię wszystko co zechcesz.... litania rzeczy które mogę zrobić, lista tego co mogę poświęcić za boską interwencję była długa...naprawdę przerażały mnie moje myśli... 

Pytanie: czy Bóg słyszy? Czy jest skory do tego rodzaju wiązanych transakcji?
Potężny prąd z myśli wypłukiwał z mej głowy tysiące zapomnianych zdarzeń, chwil, uczuć... W tej umysłowej agonii jak przed śmiercią przed oczami staje wszystko co w życiu doświadczysz, czego dokonasz, co stworzysz... 
W tych próbach modlitwy brak było wiary i nadziei. W strumieniu tego, co płynąc z nieznanego źródła zalewało mój mózg znalazł się też wiersz który dawno temu, w szkole średniej, napisałem podczas wakacji. Wiersz który krzyczał, że modlitwa jest dobra tak samo jak placebo. Bóg nie podejmuje się takich gier.



Inwentarz lub areał


A może zagrać z Bogiem w karty?
o Raj...?
Wygrywasz - Raj jest Twój,
przegrywasz - dołączasz do Upadłych.

Ktoś powie: "Absurd! Bóg nie może grać w karty!"
A ja wam mówię że Bóg może wszystko
a w karty grać nie chce
bo niezależnie od wyniku
TRACI



 Ostatnie słowo towarzyszy mi do dziś. Poczucie straty jest gorsze niż wszystko inne: uderzenia gorąca, duszności, drgawki na całym ciele. Poczucie straty i strach o to co dalej nie pozwalają spać. Tej nocy nie spałem wcale...


wtorek, 21 lutego 2017

*21.02.2017 :( a dziś...?

krótko: czego mi brakuje?

Brakuje mi chodzenia na palcach rano gdy wstaję wcześniej by jej nie obudzić,
brakuje mi ciepła pod kołdrą w te zimowe noce,
brakuje kogoś kto powie "podasz sól?",
brakuje kogoś kto okrakiem usiądzie mi na kolanach i chwyci moją w twarz w dłonie jak jest mi źle,
brakuje mi butów w przedpokoju o które można się zabić,
brakuje mi czekającego pod drzwiami kosza na śmieci który trzeba wynieść,
brakuje mi sms "kup śmietnę",
brakuje mi kilku naczyń do umycia,
brakuje mi włosów w odpływie umywalki,
brakuje mi tego wszystkiego....

Kocham Ją!

*21.02.2017 co dalej?

Być może w głowach tych, którzy czytali poprzednie posty pojawi się pytanie co się stało po tym ostatnim sierpniu? Może niektórzy czekają z napięciem na zwrot akcji, burzę z piorunami, porwanie, kochanka... Pewnie gdyby to, co piszę było zarysem scenariusza filmu czy nieśmiałym planem powieści to w tym miejscu zawarłbym jakiś sensacyjny zwrot akcji. Historia jest jednak prawdziwa, miała swój początek, dzieje się teraz i będzie miała swój ciąg dalszy.  Dla wytrwałych czytelników obiecuję zrelacjonować  ten ciąg dalszy. Dla wszystkich, ku przestrodze, postaram się opisać co działo się ze mną przez ostatnie cztery tygodnie, dla tych którzy będą chcieli przeczytać, pomóc, wyciągnąć wnioski postaram się pokazać walkę jaką podjąłem by ostatni sierpień nie był ostatnim...

                                                                            ***

Wrzesień nie przyniósł niczego dobrego. Zaczął się upalnie, wszyscy to pamiętamy. Kilka razy byliśmy nawet poleżeć w słońcu i wykąpać się w jeziorze. We dwoje. Tylko my...

A po fali upałów zmieniło się wszystko. Pomału nadciągał październik, zmieniła się pogoda na jesienną, humorzastą i markotną, smutną jak dziecko które zgubiło zbierane przez rok oszczędności, płaczącą z nieba jak wzruszona po obejrzeniu dramatu kobieta... Październik, to czas gdy zaczyna się kolejny rok akademicki, co dla mojej Miłości oznaczało powrót do kieratu obowiązków... 
Byliśmy jak auto z niedoładowanym akumulatorem. Niby sprawne, ale jak nie odpalisz silnika to nici z podróży, nici z planów które miałeś, nic nie warte są marzenia o dalekiej szczęśliwej podróży.... Tak właśnie czułem się w połowie października, gdy praca zaczęła się na dobre. Było tego więcej niż w latach poprzednich: w tygodniu, w weekendy a do świąt daleko... 
W ostatnim tygodniu października coś w nas pękło. Wracaliśmy autem z weekendu spędzonego w Jej rodzinnym domu do siebie. Rozmowa zaczęła się niewinnie od zauważenia, że jakiś jestem markotny, że wszyscy Ją pytają o co jestem obrażony... Odpowiedziałem, nieświadomy co nastąpi później, że obrażony nie jestem, że smutno mi bo zaczyna się kolejny rok a my stoimy w miejscu, że w sierpniu było cudownie i chciałbym częściej, że drażni mnie że nawet w weekendy nie możemy rano poleżeć w łóżku trochę dłużej... 
Ona, z początku powstrzymując wzburzenie, że nie rozumie o co mi chodzi, że ona się stara, że studia, że praca, że gotuje, że jest ciężko... Potem już ostrzej: że ja nie rozumiem, że jej nie stać żeby rano leżeć w łóżku, że myślę tylko o sobie... Starałem się uspokoić ją, poprosić by nie podnosiła głosu.... "Bo co?! " - wrzasnęła i już krzykiem kontynuowała rozmowę a właściwie monolog... że ma żal, że znów wymyślam problemy, że wiecznie mi coś nie pasuje.... Awantura była tak głośna, że nie wytrzymałem, powiedziałem coś o zamknięciu się, wrzasnąłem nie raz "kurwa mać, nie mogę tego zrozumieć", że wkurza mnie to, że boję się ja zapytać o przyszłość.... W końcu trzasnąłem w kierownicę a na jej prośbę bym się zatrzymał, bo nie chce ze mną nigdzie dalej jechać, zrobiłem to z piskiem opon.
Środek lasu, wczesne jeszcze popołudnie, trzask drzwi, jakieś odzywki z niecenzuralnych słów.... Wolałbym by opuściły moją głowę te obrazy... Wysiadła i ruszyła drogą, dogoniłem ją, kazała mi Ją zostawić, nie dotykać, ja proszę by wsiadła do auta, że nie chcę by tak było... Ktoś się zatrzymuje, pyta czy nie pomóc... nie! nie pomóc!
Pół godziny w kuckach na poboczu drogi biegnącej lasem. W końcu powiedziała żebyśmy już jechali i ze mam się nie odzywać... W tym akurat jestem od jakiegoś czasu specjalistą - pomyślałem... Dojechaliśmy do domu po 1,5 godziny. Jeszcze kilka głośnych, wymienionych zdań i poszliśmy spać. Osobno...

Przez wiele dni było cicho. Nie rozmawialiśmy prawie wcale. Ja czułem, że tym razem na pewno miałem rację, nie chciałem nic złego... Ona myślała to samo o sobie. Parę miesięcy potem wypomni mi to, że nie przeprosiłem... Po kilkunastu dniach musieliśmy porozmawiać. Zbliżał się grudzień i to czas gdy trzeba pomyśleć o prezentach dla rodziny, dla mojej córki... Ta rozmowa też skończyła się kłótnią: że ja zawsze wszystko na ostatnią chwilę, że nic mnie nie obchodzi... ja na to, że zajmę się tym... ona że sama sobie poradzi, a pomysł na prezent dla mojej córki był jej, więc mam się zająć sobą... Tragedia. Co się stało? Dlaczego nie możemy już skończyć tej wojny...?  Ludzie mają większe zmartwienia: pieniądze, zdrowie... Nam brakuje TYLKO czasu i rozmów...

Przyszły święta... Czas przygotowań, sprzątania domu i krzątaniny w kuchni nie sprzyja z całą pewnością relacjom damsko męskim... Jak facet zaszyje się w kącie by się nie plątać się pod nogami i nie przeszkadzać to źle, bo nie pomaga, nic nie robi. Jak z kolei chciałem coś zrobić, ugotować (umiem doskonały bigos) to zawsze nie w tym momencie, bo cała kuchnia zawalona garami a Jaśnie Pan będzie teraz gotował...

W Wigilię siadaliśmy do stołu z marsowymi minami. Najbardziej smutny moment to łamanie opłatkiem... Magiczny zazwyczaj moment tym razem przeszył mnie takim chłodem jakiego brakowało miłośnikom bojerów w tym roku... Nie opanowane nadal emocje nie pozwoliły nam na długo skrzyżować wzroku. Na moje wypowiedziane ze łzami "kocham Cię i życzę tobie i nam żeby te święta nie były ostatnimi" odpowiedziała "to zależy od Ciebie. Wszystkiego dobrego"... Cmoknięcie w policzek, bez przelotnego choćby spojrzenia i... święta rozpoczęte.. 
Odwiedziny, rodzina, długie posiedzenia przy stole, sprzątanie po i przygotowania przed kolejnymi wizytami... brak czasu dla dwojga. Święta to czas z rodziną, ale nie dla dwojga jak się okazuje...

Kilka tygodni wcześniej kupiłem po kryjomu mojej miłości prezent. Mnie osobiście strasznie podobający się zestaw: bransoletka z Pandory do charmsów i dwa charmsy - śnieżynka i serduszko... Ja otrzymałem porządny skórzany portfel (stary był już w opłakanym stanie) i drogi skórzany pasek - powód do kolejnej awantury po tym jak przymierzyłem i okazało się że jest za duży co mi nie przeszkadzało, wywierciłbym otwory tak by było ok ale Moja Miłość nie mogła zrozumieć jak to możliwe że zamówiła pasek tej samej długości co ten który nosiłem wcześniej, że to nie jej wina... ja na to że rozumiem, nic się nie stało, ona że właśnie widzi, że już mam focha.... eh...

W sylwestra wyjazd nad morze na miejską zabawę. Trochę skakanie po placu. Nic wielkiego. Po świętach powrót do domu i kolejne dni bez rozmów... aż do wtorku, 24 stycznia 2017 kiedy wieczorem powiedziała że ma dość. Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć co robię źle. Znów spała osobno a w środę, 25 stycznia wyprowadziła się...